niedziela, 28 lutego 2016

No game no life - recenzja anime

Jak obiecałem wersja tekstowa






Wyobraźcie sobie świat, w którym, absolutnie wszystkie ważne sprawy rozwiązuje się za pomocą prostych gier. Konflikty, spory, kłótnie, podziały majątkowe a nawet wojny załatwić można partyjką w karty, wszelka przemoc jest całkowicie zakazana. Istny raj dla nerdów i hazardzistów.

Panem owego niezwykłego świata jest Bóg Tet, stworzył on 10 zasad absolutnych, których każdy musi przestrzegać - nie będę ich tu przytaczał bo trwało by to zdecydowanie za długo. Generalnie sprowadzają się one do tego, żeby się dobrze bawić i bezwzględnie wypełnić warunki zakładu.

Będąc już nieco znudzony postanawia on sprowadzić do swojego świata pewne ekscentryczne rodzeństwo. Sora i Shiro są NEETami, którzy nigdy nie skalali się żadną praca, a ich jedynym zajęciem jest gra. Niby nic specjalnego, gdyby nie fakt, że w tym co robią nie mają sobie równych, nigdy nie przegrali, a w każdej grze w jakiej brali udział osiągnęli mistrzostwo. Co taka para może teraz zrobić lądując w świecie w którym można zostać bogiem wygrywając z nim w pokera?
I o tym właśnie jest to anime.

Nasza parka to niezłe ziółka, prawdziwi geniusze, Sora to mistrz gier psychologicznych, świetnie potrafi zajrzeć w umysł przeciwnika, poznać go, rozpracować jego tok myślenia i w błyskotliwy sposób go wykończyć. Jest typową pozytywną postacią, której zdecydowanie przydługawe monologi inspirują i poruszają serca otaczających go ludzi. Shiro natomiast to zamknięta w sobie maszyna do liczenia, nie ma sobie równych w potyczkach wymagających wysoce skomplikowanych obliczeń np. w szachach potrafi bez trudu roznieść super komputer. Razem tworzą nie pokonany zespół “pustych” tak sami siebie nazywają. Są całkowicie nie rozłączni, wszelkie próby ich rozdzielenia kończą się dla nich tragicznym atakiem depresji . Ta ich chora wręcz zażyłość jest podstawą wielu zabawnych sytuacji i gagów. Skoro już przy bohaterach jesteśmy, naszym protagonistom w bojach towarzyszyć będzie Stefcia, jest ona wnuczką niedawno zmarłego władcy rasy ludzi, dziewczyna jest dość naiwna i niestety drogo za to płaci. Przegrywa praktycznie każda grę, między innymi o tron dziadka, w tym też miejscu wpada ona w łapy naszych bohaterów. Pełni ona rolę chłopca do bicia któremu, wszystko trzeba tłumaczyć, Sora często dość brutalnie z niej drwi i się naśmiewa, co z początku jest nawet zabawne lecz szybko robi się żenujące, a potem wręcz irytujące. Drugą interesująca postacią jest skrzydlata Jibril, ta postać wypada zdecydowanie lepiej. Dziewczyna jest inteligenta, zabawna i przesympatyczna, zawsze mówi to co trzeba, przez co nie bierze udziału w często bezsensownych tyradach głównych bohaterów. Wprowadza masę dobrego humoru i obok Sory jest według mnie najlepszą postacią.

Historia rozwija się dość wolno, poszczególne odcinki pokazują szereg przygotowań jakie podejmuje rodzeństwo w celu wygrania swojej wielkiej gry czyli podbicia świata, przeplatane licznymi mniej lub bardziej zabawnymi gagami, często nic nie wnosząc do fabuły. Wyróżnić można zaledwie dwa naprawdę ciekawe momenty, gdy nasi bohaterowie stawiają na szali los całej ludzkości. Dla tych momentów na prawdę warto obejrzeć to anime, pomysłowość i przebiegłość bohaterów niejednokrotnie wprowadzała mnie w zachwyt. Humor może nie jest najwyższych lotów ale ja się przy nim dobrze bawiłem , może poza wspomnianym wcześniej znęcaniem się nad Stefką.

Wizualia na pewno zdążyliście już sami ocenić, mnie osobiście denerwował ten natłok pstrokatych barw, szczególnie w plenerach, dużo lepiej wypadały wnętrza. Dodatkowym utrudnieniem dla mnie był brak ostrych konturów przez co wszystko zlewało się w kolorową plamę szczególnie, jeśli częścią tej plamy byli bohaterowie. Rozumiem, że twórcy chcieli być oryginalni, ale w tym przypadku “strzelili sobie w kolano”.

Ścieżka dźwiękowa wypada zdecydowanie najlepiej, jest zróżnicowana, buduje klimat i dobrze wpasowuje się w całość. Utwory powstałe z połączenia muzyki instrumentalnej i elektronicznej wypadają naprawdę ładnie. Na szczególną pochwałę zasługuje opening “The Game” w wykonaniu Konomi Suzuki, który na długo zapadnie mi w pamięć.

No game no life to ciekawa seria nie pozbawiona wad, oklepany motyw podboju świata i sztampowy haremik, jednak bawiłem się przy nim świetnie i z niecierpliwością wyczekuje drugiego sezonu. Ciekawi główni bohaterowie napędzają to anime, a ich pojedynki umysłów obserwuje się z zapartym tchem. Mogę z czystym sercem polecić to anime każdemu poszukującemu niezobowiązującej rozrywki, ale uprzedzam, że do kreski trzeba się przyzwyczaić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz